Bloog Wirtualna Polska
Jest 938 740 bloogów | losowy bloog | poleć tego blooga | inne bloogi | zaloguj się | załóż blooga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Stroskana Szczuka

poniedziałek, 21 maja 2012 23:58

Parę dni temu obejrzałem wywiad Moniki Olejnik z Kazimierą Szczuką i trochę się wkurwiłem (określenie dosadne, ale współgrające z dalszą treścią artykułu), lecz wyjątkowo nie na Olejnik, która zawsze wyprowadza mnie z równowagi swoją manierą, niestety dość powszechną u prowadzących wywiady, a polegającą na zadawaniu pytania, a następnie po kilku słowach odpowiadającego przerywanie mu nie dając dokończyć myśli, lecz na panią Kazimierę. A poszło o EURO 2012.

Pani Szczuka skrytykowała organizację EURO w Polsce uważając, że jest to impreza kosztowna, która nigdy się nie zwróci i że zamiast budowania stadionów lepiej by było wydać te pieniądze na inny zbożny cel. Z tym twierdzeniem bezskutecznie próbowała polemizować druga rozmówczyni Moniki Olejnik - znana snowboardzistka Jagna Marczułajtis. Nie będę powtarzać jej argumentacji, za to dorzucę swoje „3 grosze”.

Oczywiście pani Szczuka ma trochę racji, choć do tej dyskusji przygotowała się niezbyt dokładnie. Koszty organizacji EURO są rzeczywiście ogromne – ok. 95 mld. zł. Ale to czy wybudowane nowe stadiony będą po EURO dochodowe, czy deficytowe - tego nie wiadomo. Wiele zależy od instytucji zarządzających nimi. Np. taki Stadion Narodowy w Warszawie z powodzeniem mógłby być wykorzystywany do najróżniejszych imprez, koncertów, pokazów, także podczas niesprzyjających warunków pogodowych, ponieważ jest wyposażony w dach. Poza tym twierdzenie, że pieniądze które wydano na przygotowania do EURO mogłyby być wydane na cele bardziej przydatne społeczeństwu jest tylko z pozoru sensowne. Przede wszystkim dlatego, że organizacja EURO jest w dużej części współfinansowana przez Unię Europejską. Gdyby nie było EURO, nie byłoby też tych pieniędzy z Unii i nie byłoby co wydawać.

Poza tym EURO to nie tylko stadiony. Poniżej przedstawiam tabelkę wydatków związanych z EURO wg. tegorocznych danych Kancelarii Premiera Rady Ministrów.

 

Przeznaczenie wydatku

Koszt (w mld)

Transport drogowy

49,4

Transport kolejowy

30,4

Stadiony

6,65

Hotele

3,8

Lotniska

2,85

Łączność

1,9



Jak widać koszty budowy stadionów to zaledwie 7% wszystkich wydatków, na które składają się głównie koszty infrastruktury towarzyszącej imprezie (pośrednio lub bezpośrednio). Co ważniejsze, to wszystko co zostało wybudowane w związku z EURO pozostanie po EURO i będzie służyć społeczeństwo długie lata. A poza tym EURO to także impuls do zrobienia rzeczy, które bez tej imprezy albo w ogóle by nie powstały, lub dopiero za wiele lat.

Ogólnie odniosłem wrażenie, że pani Szczuka sportem się nie interesuje i chyba trochę lekceważy potrzebę jego istnienia, a szczególnie piłki nożnej, która jej zdaniem cieszy się zainteresowaniem wyłącznie mężczyzn (rozumowanie godne feministki) i która ma więcej wspólnego z biznesem niż ze sportem.

Takie twierdzenie wcale mnie nie zaskoczyło, tym bardziej że znowu jest w nim ziarnko prawdy, ale tylko ziarnko. Sport nie jest wymysłem współczesnych biznesmenów lecz towarzyszy cywilizowanej ludzkości od czasów starożytnych. Stadiony budowano w Grecji, w Rzymie, a także w państwie Azteków skąd prawdopodobnie przywleczono grę w piłkę do Europy. To prawda, że w antycznych czasach w zawodach uczestniczyli tylko mężczyźni (choć np. w Sparcie ćwiczenia sportowe i gimnastyka były elementem wychowania także dziewcząt), ale na trybunach stadionów, aren itp. siedziały także kobiety. Już starożytni Rzymianie wołali „chleba i igrzysk”, a nie „chleba i żłobków” co proponuje p. Szczuka.

Wraz z rozpowszechnieniem się chrześcijaństwa idee sportowe zamarły (pogarda dla ciała na rzecz ducha), choć ich namiastką stały się turnieje rycerskie. Uczestniczyli w nich tylko mężczyźni (ze zrozumiałych względów), ale widzami były także kobiety. Natomiast od momentu odrodzenia sportu w XIX wieku coraz więcej dyscyplin jest uprawianych przez obie płcie, nawet te dyscypliny uważane za typowo męskie jak boks i piłka nożna.

Ale to wszystko to „pikuś” przy dalszych wynurzeniach pani Szczuki, dla której jednym z głównych problemów związanych z EURO jest... prostytucja!

Czy ktoś z Was ma podobne skojarzenia, tzn. EURO i prostytucja? Dla mnie EURO poza grą w piłkę nożną i promocją Polski na świecie kojarzy się z możliwymi kłopotami związanymi z najazdem zagranicznych kibiców, z ewentualnymi rozróbami, z paraliżem komunikacyjnym w miastach w których będą odbywać się mecze i tego typu problemami, ale o dziwkach zupełnie bym nie pomyślał. A tymczasem dla pani Kazimiery to ważna sprawa. Nawet Monika Olejnik słuchając jej i nie bardzo rozumiejąc w czym problem spytała – Czy pani jest za zwalczaniem prostytucji?

W odpowiedzi usłyszeliśmy, że nie. Prostytucja powinna być legalna, prostytutki zarejestrowane, powinny płacić podatki, mieć zapewnioną opiekę lekarską i wszystkie przywileje przysługujące ludowi pracującemu. Znowu pogląd pani Szczuki na tę sprawę nie jest jakiś odosobniony, czy dziwaczny. W końcu prostytucja była, jest i będzie i nikt tego nie zmieni. Nie bez przyczyny mówi się, że to najstarszy zawód świata.

Cóż więc tak mnie zbulwersowało? Otóż troska pani Szczuki. Ogromna troska o los importowanych dziwek. Bo wg niej, jako że piłka nożna podnieca tylko mężczyzn, do Polski przyjadą setki tysięcy kibiców płci męskiej. A wiadomo, że podniecony chłop potrzebuje baby. Nasze rodzime panienki nie dadzą rady obsłużyć takiej rzeszy potrzebujących. Więc pomogą im w tym przywiezione panienki ze wschodu.

  • Jak to przywiezione? - spytała Olejnik.
  • No, normalnie. Zostaną przywiezione przez swoich alfonsów autokarami, pociągami – wyjaśniła Szczuka i zadała fundamentalne, powtarzane kilka razy pytanie – A kto zapewni tym dziewczynom przestrzeganie godzin pracy, kto zadba by nie były wykorzystywane ponad siły?

Może ten dialog pomiędzy paniami nie wyglądał słowo w słowo tak jak go opisałem, ale sens był mniej więcej właśnie taki.

I co Wy na to? Dla pani Szczuki jednym z najważniejszych problemów związanych z organizacją przez Polskę EURO 2012 jest troska o to, by się ruskie (ukraińskie) dziwki nie przepracowały.

...dzie wanna? - zawołam zgodnie z tytułową formułą tego bloga.

 

PS.

Pomimo, że Dziewanna to facet (inf. dla niewtajemniczonych), to nie jestem jakimś zatwardziałym fanem piłki nożnej. Oglądam tylko mecze z udziałem Polaków (reprezentacja lub kluby) raczej z pobudek patriotycznych, niż sportowych. Złoszczę się gdy kiepsko grają nie dlatego, że „sztuka” cierpi, tylko dlatego, że „nasi” przegrywają. Gdy wygrywają jestem z nich dumny. Natomiast dla mnie EURO mogłoby odbywać się nawet w Australii albo na Alasce, choć to nie Europa. Dlatego proszę nie sądzić, że polemizuję ze Szczuką z pozycji urażonego kibica.



Podziel się:
Trackback: http://bloog.pl/id,331107730,trackback

komentarze (2) | dodaj komentarz

Jak lis farbowany upolował Sawicką

środa, 16 maja 2012 23:07

Dzisiaj sąd ogłosił wyrok w sprawie byłej posłanki PO Sawickiej. Wyrok: winna. Przedstawione dowody wskazują, że rzeczywiście świadomie dopuściła się przestępstwa. Jej łzy i lamenty na sejmowych schodach w 2007 roku były dla mnie trochę żenujące, ponieważ nawet w osobach mających problemy z prawem cenię godność. Nie hardość, co czasami prezentują pospolici przestępcy, lecz godne zachowanie się w obliczu stawianych zarzutów.

Po ogłoszeniu wyroku pisowskie lisy zaszczekały z radości. Piszę lisy nieprzypadkowo. Lis znany jest z tego, że w naturze poluje przede wszystkim na sztuki chore i słabe. W wielu kulturach jest przedstawiany jako zwierzę chytre, podstępne, np. mówi się „podstępny jak lis”, albo „lis farbowany”, co w odniesieniu do człowieka wg słownika frazeologicznego znaczy: człowiek fałszywy, dwulicowy, udający kogoś innego niż jest naprawdę, oszust.

Ta definicja jak ulał pasuje do agenta Tomka, który podszywając się pod kogoś innego, zapolował na swą ofiarę podstępnie wykorzystując jej słabości, wciągał ją w przygotowaną zasadzkę oszukując i kłamiąc „w żywe oczy”. Tę obrzydliwą prowokację przeprowadziło CBA z błogosławieństwem szefa Mariusza Kamińskiego. Obaj panowie (szef i wykonawca) wraz z „ogniwami pośrednimi”, w moim odczuciu dopuścili się przestępstwa. Uzasadnienie jest bardzo proste i oczywiste:

Zaplanowali oni i wprowadzili w czyn prowokację, która jak każda  prowokacja z moralnego punktu widzenia jest naganna. Stworzyli fikcyjną, kryminogenną sytuację z zamiarem uwikłania w niej jakiegoś polityka. Ponieważ całą akcję przygotowano przed wyborami, a na ofiarę wybrano posłankę konkurencyjnej partii, nietrudno zauważyć w tym podtekst polityczny.

Art. 24 kk dotyczący prowokacji mówi, że prowokatorem jest osoba nakłaniająca do czynu zabronionego w celu skierowanie przeciwko osobie nakłanianej postępowania karnego. Celem prowokatora nie jest zatem rzeczywiste dokonania czynu zabronionego przez osobę nakłanianą, lecz osiągnięcie rezultatu stanowiącego konsekwencję podjęcia przez nią przestępnego zachowania w postaci wszczęcia i prowadzenia przeciwko niej postępowania karnego.

Sąd Administracyjny w Krakowie w Wyroku z dnia 21 września 2000 roku stwierdził, że „prowokacja jest to działanie podjęte w celu spowodowania popełnienia przestępstwa, aby przeciwko niemu skierowane zostało postępowanie karne”.

Prowokacja którą CBA przygotowało pod nadzorem Kamińskiego w 100% pokrywa się z treścią art.24 kk oraz orzeczenia krakowskiego Sądu Administracyjnego. Przecież agent Tomek po to prowokował Sawicką do popełnienia przestępstwa, żeby jego szef Kamiński mógł skierować przeciwko niej postępowanie karne! Tak to sobie panowie z CBA umyślili i tak zrobili. Dlatego powinni oni również zasiadać na ławie oskarżonych, a nie oczekiwać przeprosin (niby od kogo i za co?) jak po skazaniu Sawickiej domaga się tego na swoim blogu poseł Mastalerek (PiS).

W 2010 roku umorzono postępowanie wszczęte w następstwie złożonego przez Sawicką zawiadomienia o podejrzeniu popełnienia przestępstwa przez funkcjonariuszy CBA, którzy "uciekając się do wyrafinowanych i nieetycznych praktyk, przekraczając swoje uprawnienia, mogą bezkarnie wzbudzać u obywateli zamiar popełnienia przestępstwa". Nie znam uzasadnienia umorzenia, prawdopodobnie opierało się ono na fakcie, że niestety polskie prawo dopuszcza prowokację podjętą przez Policję lub inne służby powołane do tropienia przestępców. Jest tylko jedno ALE:

Art.9a ustawy o Policji dopuszczający przeprowadzenie prowokacji w ustępie 1 mówi w jakich okolicznościach można zastosować tę metodę:

1. W sprawach o przestępstwa określone w art. 19 ust. 1 czynności operacyjno-rozpoznawcze zmierzające do sprawdzenia uzyskanych wcześniej wiarygodnych informacji o przestępstwie oraz ustalenia sprawców i uzyskania dowodów przestępstwa mogą polegać na (m.in.)... przejęciu lub wręczeniu korzyści majątkowej”.

Otóż w przypadku prowokacji względem posłanki Sawickiej CBA nie przedstawiło żadnych dowodów wskazujących na to, że jest ona podejrzana o działalność przestępczą, a prowokacja jest niezbędna tylko po to, by złapać ją na gorącym uczynku. Nie, nic z tych rzeczy. CBA nic na Sawicką nie miało, natomiast po wcześniejszych porażkach przy próbach uwikłania w spreparowane pseudoafery Andrzeja Leppera, Jolanty Kwaśniewskiej i Weroniki Marczuk potrzebowało na gwałt sukcesu. Dlatego wytypowano na ofiarę osobę słabszą, która wydawała się być łatwym łupem (metoda polowań stosowana przez lisa), zarzucono przynętę i tym razem polowanie okazało się skuteczne.

Działanie CBA można też porównać do postępowania strażaka podpalacza, który najpierw sam podpala sąsiadowi stodołę, a potem chwali się, że pożar ugasił. To także jest karalne.



Podziel się:
Trackback: http://bloog.pl/id,331096314,trackback

komentarze (2) | dodaj komentarz

Chamstwo i warcholstwo

poniedziałek, 14 maja 2012 23:35

Piątkowe wydarzenia w Sejmie i przed Sejmem budzą moje głębokie zaniepokojenie. Stopień nienawiści w wystąpieniach polityków, rozhasanie się związkowców, a przy tym paraliż służb odpowiedzialnych za zapewnienie spokoju i poszanowania prawa wywołany obawą przed sprowokowaniem do jeszcze większej rozróby, to wszystko razem bardzo źle wróży przyszłości Polski.

Debata publiczna, w której pada słowo "zdrada", "hańba", "zbrodnia", "hitlerowiec", "Mussolini" powoduje, że te epitety też się zużywają i właściwie powstaje takie pytanie: jeśli można zwyzywać konkurenta politycznego od najgorszych i robi się to systematycznie od wielu miesięcy, to powszednieje. Co zatem będzie następne, jakiego typu narzędzi ci najbardziej radykalni politycy będą chcieli użyć, by zrobić wrażenie? - pytał premier Tusk po gorącej i gorszącej debacie w Sejmie.

Pomijając fakt niebywałej eskalacji agresji i nieprzebierania w słowach, a dotyczy to polityków z różnych stron sceny politycznej, zadziwia mnie używanie przez ludzi zdawałoby się wykształconych, słów i porównań nieadekwatnych do sytuacji lub świadczących o niezrozumieniu ich znaczenia. Weźmy na przykład ostatnio często używane przez pisowską opozycję hasło „Tusk to zdrajca”. Czy oni w ogóle wiedzą co znaczy słowo „zdrajca”? Niby kogo Tusk zdradził? PiS z prezesem Kaczyńskim na czele?

Dla PiS-u zdrajcą może być Ziobro, Kurski, Migalski, i cała ta menażeria, która albo została przez Kaczyńskiego wyrzucona, albo sama wypięła się na swego szefa. Ale Tusk nic PiS-owi nie obiecywał, nie był pupilkiem PiS-u, więc nie mógł ani zdradzić, ani chociażby zawieść zaufania tych, którzy tak chętnie go zdrajcą nazywają.

Zaś co do tych, którzy na niego głosowali, to jakoś nie słychać by czuli się zdradzeni. Ja w każdym razie mogę mieć do premiera różne pretensje, np. o zbyt małą skuteczność w niektórych działaniach (co jednak jestem w stanie usprawiedliwić widząc, jak opozycja przy każdej okazji rzuca mu kłody pod nogi), o zbyt dużą potulność w znoszeniu obelg, kłamstw i insynuacji pod swoim adresem, oraz o kiepską politykę informacyjną, która ułatwia opozycji demagogiczne kwestionowanie wszystkiego, co rząd robi. Ale zapewniam, że nie czuję się zdradzony przez Tuska i póki nie pojawi się na horyzoncie ktoś „lepszy”, będę go popierał widząc w nim przede wszystkim cywilizowaną zaporę przeciwko szaleństwom wielbicieli Kaczyńskiego, Rydzyka i innych podobnych im demagogów szkodzących Polsce.

Wracając do debaty Sejmowej poświęconej sprawie emerytur podczas której za sprawą wściekłych ataków opozycji, zupełnie niemerytorycznych, skupiających się na osobistych „wycieczkach” i złośliwościach względem premiera - o emeryturach mówiło się najmniej.

W tej pseudodyskusji wyróżnił się głos prezesa Kaczyńskiego, który ni z gruszki, ni z pietruszki zaatakował Tuska odwołując się do Hitlera, co pozwala sądzić, że wśród działaczy PiS-u dziadek z Wermachtu jest ciągle żywy. O zacietrzewieniu i chorobliwej nienawiści Kaczyńskiego do Tuska świadczy to, że całą swoją złość za wybryk jakiegoś posła siedzącego po lewej stronie sali (RP i SLD), a więc nie należącego do klubu Platformy skierował przeciwko Tuskowi obarczając go odpowiedzialnością za poziom chamstwa w polskim życiu publicznym, tak jakby Kaczyński i jego zwolennicy od lat sami nie byli głównymi sprawcami tego stanu rzeczy. Poza tym to nie pierwszy taki wypadek, gdy zdaniem polityków PiS-u Tusk jest odpowiedzialny za całe zło w Polsce: za niekompetencję przeciętnego obywatela, za pijanego dróżnika, za usterkę techniczną maszyny, a nawet za zdarzenia losowe i klęski żywiołowe jak powódź czy gradobicie.

Poza Kaczyńskim jeszcze większym chamstwem popisał się Palikot, który porównanie do Hitlera odebrał jako skierowane do swojego ugrupowania i odpalił Kaczyńskiemu bezsensowną insynuacją, jakoby wysłał on celowo swego brata na śmierć do Smoleńska.

Podczas konferencji prasowej po „debacie” sejmowej Palikot przekonywał, że słowa „zadzwoń do brata” nie zostały wypowiedziane przez posła z jego ugrupowania, lecz prawdopodobnie padły z ust posła Balta z SLD, za co poseł Balt nazwał Palikota chamem.

Tymczasem przed Sejmem bojówki Solidarności w ramach „pokojowej” manifestacji ustawiły szubienice na których wieszały portrety polityków PO, a następnie zablokowały wyjścia z Sejmu uniemożliwiając posłom popierającym rząd powrót do domu. Ci którzy próbowali przedostać się przez blokadę byli opluwani lub waleni kijami po łbach - ot, tak w ramach miłości bliźniego. Nawet posłanka, która zostawiła w domu 3-tygodniowe dziecko i śpieszyła się na karmienie piersią, została przez „związkowców” odepchnięta i nieprzepuszczona pomimo, że wyjaśniła im dlaczego musi wrócić o określonej godzinie do domu. Ale co to hołotę może obchodzić? A taki poseł PiS, Mariusz Antoni Kamiński jeszcze cynicznie tłumaczy łobuzów: Nie trzeba było skakać przez płot. Trzeba było podejść do związkowców i powiedzieć, że jest się matką karmiącą, że w domu czeka mała córeczka. No przecież powiedziała mądralo, i co to dało?

W końcówce poirytowany tym wszystkim poseł PO Niesiołowski dał się sprowokować przez natrętną dziennikarkę Ewę Stankiewicz z „Gazety Polskiej Codziennie”, która pomimo odmowy udzielenia wywiadu nachalnie zastępowała mu drogę i podstawiała kamerę pod sam nos. W końcu Niesiołowski nie wytrzymał i mówiąc: - Wynocha stąd - odepchnął ręką kamerę. Początkowo, choć rozumiałem poirytowanie Niesiołowskiego, byłem trochę zniesmaczony jego zachowaniem. Ale gdy zapoznałem się z bezczelnymi oszczerstwami jakie ta dziennikarka wypowiadała publicznie podczas manifestacji rydzykowców pod adresem najważniejszych osób w państwie wzbudzając tym entuzjazm moherowej gawiedzi, zmieniłem zdanie. Wynocha stąd to było bardzo delikatnie powiedziane.

Na tym tle premier Tusk, którego także niedawno poniosło i wygarnął przewodniczącemu Solidarności Dudzie, że podejmuje się zadań, które mógłby wykonać byle pętak wypada całkiem nieźle tym bardziej, że niezwłocznie po opadnięciu emocji Tusk Dudę przeprosił. Aby Kaczyński kogoś, kiedykolwiek, za cokolwiek przeprosił – nie słyszałem i wątpię abym usłyszał. To jest taka subtelna różnica pomiędzy „chamstwem” byłego i obecnego premiera.

Na zakończenie jedna ogólna uwaga. To co się aktualnie dzieje, to powrót do czasów „złotej szlacheckiej wolności”, do Liberum Veto. Każde ugrupowanie polityczne, każda grupa zawodowa, każda społeczność uważa, że ma prawo zawołać „Nie pozwalam” i że rząd oraz władza państwowa na każdym szczeblu powinny bezwzględnie się temu zawołaniu podporządkować. A jak się nie podporządkuje to zaraz strajk, protest, marsze, wołanie „hańba”, „zdrada”, wymachiwanie krzyżem i śpiewanie „Boże... Przed Twe ołtarze zanosim błaganie: Ojczyznę, wolną racz nam zwrócić Panie”. Istny dom wariatów, niestety śmiertelnie niebezpiecznych.

Tymczasem opozycja jawnie inicjuje i wspiera taką pełzającą anarchię i cieszy się, gdy coraz to inna grupa społeczna daje się podpuścić przeciwko demokratycznie wybranej władzy. Rozbrykanie się społeczeństwa jest zagrożeniem dla całego państwa bez względu na to, kto rządzi. Tylko naiwniacy mogą myśleć, że jak przy pomocy niepokojów społecznych uda się w końcu obalić jedną władzę, to jej następcy będą mieli spokój.

Nie będą. Duża część społeczeństwa nie ma żadnych poglądów politycznych poza ogólną pogardą dla jakiejkolwiek władzy. Ta pokaźna grupa, która charakteryzuje się np. nieuczestniczeniem w wyborach (40% społeczeństwa) jest zawsze wrogo nastawiona do każdej władzy, do wszystkich polityków których uważa za kombinatorów i złodziei okradających biedne społeczeństwo. Podjudzana przez obecną opozycję, utwierdziwszy się w swojej sile, także po zmianach będzie nadal się warcholić, blokować wszelkie działania rządu i wysuwać coraz to nowsze żądania destabilizujące państwo. Taka sytuacja na ogół kończy się tragicznie: by uspokoić rozszalałe żywioły albo trzeba wprowadzić coś na kształt „stanu wojennego”, co jeszcze bardziej pogłębia podziały w społeczeństwie, albo „porządek” zrobią sąsiedzi wykorzystując paraliż skłóconego państwa. Więc co wolicie: powtórkę z Jaruzelskiego, czy interwencję z zewnątrz?



Podziel się:
Trackback: http://bloog.pl/id,331092034,trackback

komentarze (6) | dodaj komentarz

Hollande, a sprawa polska

poniedziałek, 07 maja 2012 15:19

„Mamy” nowego prezydenta. Czy wybór Hollande'a to dobry wybór – trudno powiedzieć. Na razie w myśl powiedzenia „umarł król, niech żyje król” wszyscy przywódcy nie przyznając się do osobistych sympatii i antypatii śpieszą z gratulacjami. Oczywiście są to gratulacje kurtuazyjne, często nieszczere, ponieważ gdyby wygrał Sarkozy otrzymałby od wszystkich takie same życzenie pomyślnej prezydentury, co najwyżej zawierające słowo „dalszej”.

Ja mam mieszane uczucia. Podchodząc do sprawy humorystycznie będzie mi brak „Merkozy”, czyli duetu Merkel – Sarkozy. No, bo jak to teraz ma brzmieć - „Merhollande”? Chociaż z drugiej strony skoro jest Poland, jest Holland, to może być i „Merhollande”!

Z założenie nie jestem sympatykiem lewicy. Jednakże patrząc co wyrabia prawica na naszym polskim podwórku, coraz bardziej lewicę lubię. Dlatego myślę, że wybór socjalisty Hollande'a wcale nie musi byś złym wyborem. Trochę obawiam się jego populistycznych obietnic, które zapewniły mu zwycięstwo. Ludzie zawsze głosują za tym, kto obiecuje, że będą piękni, zdrowi i bogaci. Tylko jak takie obietnice spełnić? Gdyby to było takie proste, już od tysiącleci mielibyśmy raj na ziemi.

Obawiam się też zapowiedzi Hollande'a o renegocjacji paktu fiskalnego, którego celem było zapobieżenie państwowym bankructwom takim jakie przydarzyło się Grecji. Chociaż mieszkańcom wielu krajów, w tym przede wszystkim Grekom pakt ten się nie podoba, to jednak bankructwo Grecji jest faktem i trzeba być ślepym, głuchym i niezbyt roztropnym, ażeby tego nie zauważyć.

W ogóle jestem zwolennikiem silnej Unii Europejskiej, mocno zintegrowanej, o zunifikowanym prawie w wielu dziedzinach życia, o wspólnej walucie, bez granic, ze wspólną polityką zagraniczną, z parlamentem „nieodparady”, a nie od parady, a nawet ze wspólnym prezydentem wybieranym w wyborach powszechnych przez wszystkich mieszkańców Unii. Krótko mówiąc marzą mi się USE (Stany Zjednoczone Europy) na wzór USA. Nie wiem, czy kiedykolwiek moja wizja się spełni, być może fobie narodowe podsycane przez nacjonalistów różnej maści temu przeszkodzą, ale jeśli my - Europejczycy nie będziemy trzymać się razem, prędzej czy później popadniemy w zależność od dynamicznie rozwijających się wielkich „tygrysów” takich jak Chiny, Indie, czy nawet od narodów Afryki, które choć biedne rozmnażają się w tempie błyskawicznym. Dlatego pomysły Hollande'a sprowadzające się do jakiegoś rozluźnienia więzów europejskich trochę martwią.

Z drugiej strony jego deklaracja odstąpienia od ścisłego sojuszu z Niemcami na rzecz innych państw europejskich, w tym Polski, cieszy mnie jako patriotę. Powołany w 1991 roku „Trójkąt Weimarski” popadł w letarg i stało się to chyba głównie właśnie za sprawą Francji, której stanowisko najlepiej oddaje słynne stwierdzenie poprzedniego prezydenta Jacques'a Chiraca, że „Polska powinna siedzieć cicho”. Jest nadzieja, że nowy prezydent dostrzeże w Polsce coś więcej niż tylko skansen ludowy i przysłowiowe „białe niedźwiedzie”. Tym bardziej, że jak na razie, to właśnie Polska w czasach ogólnego kryzysu radzi sobie całkiem nieźle. Rodzimi malkontenci tego nie dostrzegają wytykając niedociągnięcia i ciesząc się w myśl zasady „czym gorzej tym lepiej”, ale obserwatorzy zewnętrzni widzą coś innego, np. Komisja Europejska prognozuje, że w 2012 roku wzrost gospodarczy w Polsce będzie procentowo najwyższy w Europie. Oczywiście w liczbach bezwzględnych wygląda to trochę gorzej, ale z roku na rok nasz dystans do czołówki się zmniejsza.

I tym optymistycznym akcentem zakończę rozważania na temat prezydentury Francois Hollande'a. Jeszcze tylko wyjaśnię jedną kwestię, która może budzić wątpliwości. Piszę o patriotyzmie i o zjednoczonej Europie. Może ktoś zadać pytanie: czy można być równocześnie patriotą i zwolennikiem zjednoczonej Europy? Ja, podobnie jak Henryk Sienkiewicz w którego patriotyzm chyba nikt nie wątpi, nie widzę sprzeczności. W 1905 roku odpowiadając na ankietę pt. "Co myślę o Niemczech?" rozesłaną przez paryską gazetę „Le Courrier Europeen” Henryk Sienkiewicz napisał: „Należę do tych, którzy głoszą, że idea ojczyzny powinna zajmować pierwsze miejsce w duszy i sercu człowieka.(...). Ale jednocześnie pierwszym obowiązkiem prawdziwego patrioty jest czuwać nad tym, by idea jego Ojczyzny nie tylko nie stanęła w przeciwieństwie do szczęścia ludzkości, lecz by się stała jedną z jego podstaw. Tylko w tych warunkach istnienie i rozwój Ojczyzny staną się sprawą, na której całej ludzkości zależy. Innymi słowy, hasłem wszystkich patriotów powinno być: przez Ojczyznę do ludzkości, nie zaś: dla Ojczyzny przeciw ludzkości” (Julian Krzyżanowski "Henryk Sienkiewicz", PWN, Warszawa 1986).

Parafrazując Sienkiewicza: "hasłem wszystkich patriotów powinno być: przez Ojczyznę do Europy, nie zaś: dla Ojczyzny przeciw Europie".





Podziel się:
Trackback: http://bloog.pl/id,331073503,trackback

komentarze (8) | dodaj komentarz

Bojkot EURO na Ukrainie?

czwartek, 03 maja 2012 19:14

Coraz większe zamieszanie z tym EURO. Chyba politycy postawili sobie za punkt honoru prześciganie się w deklaracjach o bojkocie rozgrywek na Ukrainie. Pojawiają się też propozycje przeniesienia meczy „ukraińskich” do innego kraju, np. do Niemiec. Ale najdalej poszli Hiszpanie, którzy podobno są gotowi całe EURO, i to ukraińskie i to polskie zorganizować u siebie.

Hm..., Hiszpanom mogę powiedzieć tylko tyle: zajmijcie się swoim kryzysem, a od nas się odpie..... Poza tym to są jedynie takie niezobowiązujące podchody, ponieważ UEFA od której wszystko zależy żadnych tego typu sugestii nie wysuwa. A swoją drogą, jak to jest? My przygotowujemy się do imprezy 4 lata, a oni są gotowi zorganizować wszystko w 1 miesiąc!

Powody nawoływań do bojkotu mistrzostw są natury politycznej. Nagle zachodni politycy „obudzili się” i stwierdzili, że Ukraina jest państwem niedemokratycznym, w którym są łamane prawa człowieka i że w związku z tym ich nogi nie mogą stąpać po tak skażonej ziemi. Dlaczego nie zauważali tego faktu do tej pory, dlaczego jeszcze gorsze rzeczy nie powstrzymywały ich przed kontaktami z innymi niedemokratycznymi państwami – tego nie tłumaczą. Punktem zapalnym stały się pokazane w ostatnich dniach siniaki na brzuchu byłej premier Timoszenko. Jeśli rzeczywiście powstały w wyniku pobicia przez służby więzienne, to niewątpliwie jest to niedopuszczalne i godne potępienia. Pytanie tylko, czy obrażanie się na Ukrainę, czy bojkot zawodów sportowych cokolwiek zmieni? Może w historii był jakiś pojedynczy przypadek, gdy tego typu demonstracja odniosła pożądany skutek, ale ja nic takiego sobie nie przypominam.

Stany Zjednoczone nałożyły sankcje na Kubę 40 lat temu i co? Nic. Reżim Fidela Castro ma się dobrze i jeśli w końcu upadnie to nie z powodu oburzenia amerykańskiego prezydenta, lecz w wyniku naturalnej śmierci wiekowego już dyktatora. Podobnie sankcje nałożone kilkadziesiąt lat temu przez demokratyczny świat na Koreę Północną w niczym nie zachwiały podstawami tego państwa – obozu koncentracyjnego, a jedynie przyczyniły się do jeszcze gorszej sytuacji Bogu ducha winnych obywateli tego państwa. Bo tak to już się dzieje, że na takich spektakularnych akcjach polityków tracą przede wszystkim mieszkańcy bojkotowanych krajów, którzy i bez tego mają ciężkie życie. Czy to oznacza, że międzynarodowe akcje przeciwko „komuś” lub „czemuś” zawsze są pozbawione sensu i skazane na porażkę? Nie, nie zawsze, ale pod jednym warunkiem: muszą mieć poparcie wszystkich liczących się w gospodarce i polityce światowej państw. Przedstawiając to bardziej obrazowo powiem tak: aby koło nadawało się do jazdy nie może być w dętce ani jednej dziury, nawet takiej malutkiej jak przysłowiowa główka od szpilki.

Bojkot Ukrainy jest niekorzystny dla Polski. Wcale nie z powodu wspólnych mistrzostw w piłce nożnej, lecz z powodów zasadniczych, ponieważ nie służy polskiej racji stanu, która wymaga, by Ukraina była „po naszej stronie”. Odtrącanie Ukrainy oznacza wpychanie jej w ręce Rosji, która tylko na to czeka. Namacalnym przykładem skutków takiego postępowania jest Białoruś, kiedyś zaskakująco antyrosyjska, dziś zmuszona przez Zachód (i Polskę) do poddania się Rosji. Łukaszenka od czasu do czasu podkreśla swoją odrębność, ale rzeczywistość jest nieubłagana. Białoruś staje się coraz bardziej uzależniona od Rosji gospodarczo, potem przyjdzie pora na uzależnienie polityczne i ostateczne wchłonięcie przez Rosję. A przecież dla Polski jest to niekorzystny scenariusz. W interesie Polski byłoby wciągnięcie Białorusi w naszą strefę wpływów. Zamiast wymachiwać szabelką prze nosem Łukaszenki trzeba było zaproponować mu wsparcie, przynajmniej gospodarcze. Nie musiałby wtedy uzależniać się od Rosji. I nie mam najmniejszych wątpliwości, że los Polaków na Białorusi także byłby lepszy. Na razie wszelkie akcje, apele i sankcje przeciwko Łukaszence odnoszą odwrotny skutek, bo niby czemu miałby on być przychylny narodowi, który rzuca mu kłody pod nogi. W efekcie Polakom na Białorusi żyje się coraz gorzej. Podobnie jest na Litwie, choć tam wydaje się, że problem wygląda trochę inaczej. Przeciętnego Białorusina polska mniejszość niewiele obchodzi. Z Polonią walczy głównie władza. Natomiast na Litwie władza ma w tej sprawie silne poparcie zakompleksionego społeczeństwa, które bardziej obawia się dominacji Polski niż Rosji. To trochę irracjonalne podejście, ale widocznie „ten model tak ma”.

W każdym razie czy to w stosunku do Białorusi, czy, Litwy, czy Ukrainy wszelkie nieprzyjazne gesty ze strony Polski są dla nas szkodliwe, ponieważ odnoszą odwrotny skutek i szkodzą naszym interesom. Dlatego ani sami nie powinniśmy inicjować takich akcji, ani przyłączać się do nich. Wczoraj w tym duchu wypowiedział się Prezydent Komorowski stwierdzając, że bojkot EURO na Ukrainie jest nieadekwatny do panującej tam sytuacji.

Jest takie powiedzenie „uderz w stół, a nożyce się odezwą”. No i się odezwały natychmiast. W parę godzin po apelu Prezydenta, by nie przeciwstawiać polityki sportowi, by podczas trwania EURO powstrzymać się od protestów, demonstracji i zadym - PiS, który programowo musi mieć krańcowo różne zdanie do zdania Platformy ogłosił coś wręcz przeciwnego:

"Europa musi dać czytelny sygnał w sprawie drastycznego łamania praw człowieka na Ukrainie. Tylko zdecydowana postawa może skłonić rząd w Kijowie do zmiany polityki.... Polski rząd powinien również zagrozić bojkotem ukraińskiej części mistrzostw " - pisze w specjalnym oświadczeniu Jarosław Kaczyński. Ostatnie zdanie dowodzi, jak dalece Kaczyńskiemu do rzeczywistości, jak idealistyczne podejście w połączeniu z zacietrzewieniem pozbawia go zdrowego rozsądku i kieruje na manowce. Przecież wiadomo, że nic nie skłoni Kijowa do zmiany polityki, a już na pewno nie pogróżki Kaczyńskiego. Zaś nawoływanie do oficjalnego bojkotu ukraińskiej części mistrzostw przez Polskę, to jawny sabotaż mający na celu popsucie relacji polsko-ukraińskich na lata, nawet po ewentualnej zmianie w przyszłości władz ukraińskich. Czegoś takiego nie zrozumie zwykły mieszkaniec Ukrainy, a żal do Polski za zepsucie oczekiwanych mistrzostw będzie nosił w sercu przez dziesięciolecia.

To niesamowite, ale PiS jest gotów ugotować całą Polskę byle tylko powstała z tego zupa odpowiadająca smakowi liderów tej dziwacznej formacji. Jak oni mają śmiałość nazywać Tuska zdrajcą, podczas gdy sami zdradzają Polskie interesy przy każdej okazji, o ile tylko spodziewają się po tym jakiś korzyści dla swojej partii?

Już w poprzednim wpisie wspominałem o tym, jakie szkody w stosunkach Polski i Rosji przyniósł samowolny, niekonsultowany z polskim MSZ antyrosyjski desant Prezydenta Lecha Kaczyńskiego do Gruzji w 2008 roku. Teraz jego brat Jarosław pragnie to samo zrobić ze stosunkami polsko-ukraińskimi. Widać, jakaś rodzinna przypadłość. Aż chce się zawołać: Boże, chroń Polskę przed takimi "patriotami".



Podziel się:
Trackback: http://bloog.pl/id,331063850,trackback

komentarze (6) | dodaj komentarz

Spis kwietniowy

poniedziałek, 30 kwietnia 2012 23:51

Kwiecień 2012

 

1 Bilans

9 Nie lubię Świąt

14 Zdrada?

21 Kłamstwo smoleńskie

27 Zaskakujące wyniki śledztwa w spr. zabójstwa gen. Papały i koń, który by się uśmiał, ale z czegoś zupełnie innego



Podziel się:
Tagi: spis
Trackback: http://bloog.pl/id,331057643,trackback

komentarze (0) | dodaj komentarz

Zaskakujące wyniki śledztwa w spr. zabójstwa gen. Papały i koń, który by się uśmiał, ale z czegoś zupełnie innego

piątek, 27 kwietnia 2012 22:35

Po 14 latach śledztwa w sprawie zabójstwa gen. Papały nagle prokuratura ogłosiła prozaiczne rozwiązanie zagadki: generał zginął podczas szamotania się ze złodziejem swego samochodu. Trochę zastanawiające jest to, że generał właśnie przyjechał z pracy pod dom i wysiadał z samochodu, więc kradzież musiała odbywać się w jego obecności, co jest zupełnie nieprawdopodobne.

Chyba że wyglądało to tak: generał zaparkował, gdy wysiadał z samochodu poszedł do niego złodziej-bandyta, przyłożył mu broń do skroni i powiedział: - Dawaj kluczyki. A generał sądząc, że to tylko straszak odrzekł: - Spieprzaj dziadu (o, przepraszam, to nie ta bajka, niech będzie - Spadaj palancie).

No i stało się to, co się stało. Może nerwy napastnikowi puściły, może wcale nie miał zamiaru zabijać, ale wobec niespodziewanego oporu ofiary i możliwości wpadki bezwiednie nacisnął spust i strzał padł. Młokos tak się tym zdarzeniem przestraszył, że zostawił samochód i uciekł.

Choć ta historyjka wydaje się mało prawdopodobna, ale nie można wykluczyć, że to właśnie tak wyglądało. Nie było mnie tam, a o sprawie wiem tylko tyle ile przeczytam lub usłyszę w mediach. Dlatego, jeśli prokuratura będzie w stanie przedstawić przekonywujące dowody, nie mam żadnych podstaw do odrzucenia tak banalnej prawdy. Jednakże w społeczeństwie, które hołduje spiskowej teorii dziejów, trudno będzie o akceptację takiego najprostszego rozwiązania.

Na przeszkodzie stoi także fakt, że politycy każde zdarzenie chętnie wykorzystują do celów walki politycznej, naginając rzeczywistość do swoich z góry założonych tez, a czasami nawet fobii i urojeń.

Szef SLD, Leszek Miller komentując 14-letnie śledztwo ukierunkowane na poszukiwaniu sprawców i ich zleceniodawców na szczytach zorganizowanych grup przestępczych oraz w świecie biznesu stwierdził, że śledztwo było cały czas upolitycznione z nastawieniem na wykazanie, „że lewica jest uwikłana w morderstwo. Apogeum miało miejsce za rządów Ziobry i Kaczyńskiego. Sędzia Keys z Chicago odrzucił wniosek (o ekstradycje do Polski podejrzanego polonijnego biznesmena Edwarda Mazura) i dobrze by było, gdyby przynajmniej część polskich prokuratorów odbyła szkolenia z tym sędzią.

Natychmiast odgryzł się przedstawiciel PiS-u Joachim Brudziński, który stwierdził:

U pod­ło­ża prze­stęp­czo­ści zor­ga­ni­zo­wa­nej w Pol­sce jak i w kra­jach by­łe­go ZSRR stoją "byłe służ­by re­żi­mu ko­mu­ni­stycz­ne­go". - To w ja­kich oko­licz­no­ściach pan Edward Mazur zo­stał zwol­nio­ny i jak sku­tecz­nie czmych­nął do USA i to, że służ­by ame­ry­kań­skie roz­po­star­ły nad nim pa­ra­sol ochron­ny nie jest ta­jem­ni­cą

Trochę zaskakuje ta wypowiedź, ponieważ wynika z niej, że ukochana przez PiS Ameryka rączka w rączkę wspołdziałała z reżimem komunistycznym.

W dalszej kolejności oberwało się od Brudzińskiego także obecnym władzom. Byłbym niezwykle zdziwiony, gdyby przedstawiciel PiS-u, który jest programowo nastawiony na przypinanie znienawidzonej Platformie Obywatelskiej „łaty” w każdej sytuacji zapomniał o swoim obowiązku i skupił się jedynie na „reżimie komunistycznym”. Ale jak widać nie zapomniał, choć zrobił to w wyjątkowo delikatnej formie:

Dziś na po­trze­by wy­ka­za­nia spraw­no­ści po­li­cji i pro­ku­ra­tu­ry oka­zu­je się, że win­ny­mi za­mor­do­wa­nia pierw­sze­go po­li­cjan­ta w nie­pod­le­głej Rze­czy­po­spo­li­tej są na­sto­lat­ko­wie, któ­rzy po­ła­ko­mi­li się na stare Da­ewoo Espe­ro i za to Espe­ro strze­li­li w głowę. To sy­tu­acja tak mało praw­do­po­dob­na, że aż sur­re­ali­stycz­na...

To, że poseł Brudziński nie jest w stanie zaakceptować trywialnego rozwiązania zagadki zabójstwa generała Papały nie dziwi. Przecież PiS jest wzorowym wyznawcą spiskowej teorii dziejów, czego dobitnym przykładem są kreowane w szeregach jego członków fantastyczne wersje przyczyn katastrofy pod Smoleńskiem.

Warto też przeanalizować kolejny fragment wypowiedzi Brudzińskiego, ponieważ chyba sam trochę strzelił sobie w stopę.
Wy­da­je mi się nie­praw­do­po­dob­ne, że przez 14 lat pol­ska po­li­cja nie była w sta­nie stwier­dzić, że spraw­ca­mi za­bój­stwa by­łe­go ko­men­dan­ta głów­ne­go po­li­cji była grupa wy­rost­ków. Przez czter­na­ście lat trwa zmowa mil­cze­nia? A pol­ska po­li­cja jak dzie­ci we mgle?

Otóż w tej wypowiedzi dotyczącej działalności policji na przestrzeni ostatnich14 lat poseł Brudziński zapomniał o podziale na „dobrą” policję z okresu rządów PiS-u, oraz „złą” z okresu rządów lewicy i PO. Tym samym „zmowa milczenia” lub nieudolność opisana porównaniem „jak dzieci we mgle” odnosi się także do policji z czasów Kaczyńskiego i Ziobry. Takiej wypowiedzi, nieprawomyślnej z punktu widzenia PiS-u, z ust przedstawiciela tej partii zupełnie się nie spodziewałem.

Skoro zaś uwziąłem się dzisiaj na posła Brudzińskiego, to muszę zacytować jeszcze jedną jego wypowiedź na inny temat. Otóż pan poseł uzasadniając dlaczego Rosjanie mieli powód by zabić prezydenta Kaczyńskiego stwierdził:

Prezydent Kaczyński upokorzył Putina 12 sierpnia 2008 r. w Gruzji. Tak bezwzględny KGB-ista nie zapomina takich upokorzeń łatwo. Lech Kaczyński był wrogiem dla imperialnych działań Rosji Putina. Putin nigdy nie zapomniał upokorzenia, jakie Lech Kaczyński zgotował mu we wrześniu 2009 r. w Westerplatte, jak też tego co prezydent Kaczyński zrobił dla zainstalowania w Polsce amerykańskiej tarczy antyrakietowej. Hipoteza zamachu jest najbardziej prawdopodobna.

Pomijając fakt, że prezydent Kaczyński wbrew twierdzeniom posła Brudzińskiego niewiele zrobił dla zainstalowania tarczy rakietowej w Polsce, czego dowodem jest to, że tej tarczy nie ma i prawdopodobnie nie będzie, to warto zwrócić uwagę na brak profesjonalizmu w sprawowaniu swego urzędu przez Lecha Kaczyńskiego, oraz postawienie na głowie oceny jego prezydentury przez zwolenników PiS-u. Przecież upokorzenie Putina (z czego tak dumny jest Brudziński) było akademickim, niewybaczalnym błędem dyplomatycznym. Co, poza dobrym samopoczuciem zwolenników PiS-u dało Polsce to upokorzenie? Jakie przyniosło korzyści?

Odpowiedź jest jednoznaczna - żadnych korzyści, wręcz przeciwnie, rozbudziło tylko niechęć Rosji do naszej Ojczyzny i utwierdziło ją w przekonaniu, że Polska była, jest i będzie zatwardziałym wrogiem Rosji. Efektem takiej polityki wobec Rosji jest to, że zupełnie przestała się ona z nami liczyć. Robi co chce nie pytając nas o zdanie, chociażby tylko dla kurtuazji. To są właśnie skutki wymachiwania szabelką przed nosem Rosji przez braci Kaczyńskich, którym wydaje się, że Polska jest mocarstwem światowym. Profesjonalny dyplomata nigdy nie upokarza przeciwnika, a już w żadnym wypadku przeciwnika silniejszego. Spróbujcie upokorzyć lwa będąc w zasięgu jego pazurów. Takie działanie nie świadczy o cnocie, lecz o głupocie.

Słowa Brudzińskiego umacniają mnie w przekonaniu, że Lech Kaczyński był prezydentem co najwyżej miernym, zupełnie niezasługującym na pomniki i świetlane miejsce w historii, do czego usilnie dąży jego brat, który podobno jest przeciwnikiem wszelkich form kumoterstwa, w tym nepotyzmu. Ha, ha, koń by się uśmiał, gdyby to usłyszał.



Podziel się:
Trackback: http://bloog.pl/id,331051528,trackback

komentarze (4) | dodaj komentarz

Kłamstwo smoleńskie

sobota, 21 kwietnia 2012 21:21

     Parę dni temu napisałem, że podziwiam Tuska za anielską cierpliwość jaką okazuje liderom PiS-u, a w szczególności prezesowi Jarosławowi Zbaw Polskę. Wczoraj okazało się, że w końcu premier cierpliwość stracił i przerwał milczenie. Nie on jeden zresztą. Wreszcie opluwani przez Kaczyńskiego, Macierewicza i innych zwolenników PiS-u politycy Platformy obudzili się i przestali udawać, że pada deszcz.

     Mam nadzieję, że to koniec chowania głowy w piasek, czyli jak to premier kulturalnie ujął „nadmiernej delikatności” w komentowaniu szaleństw PiS-u, co w trochę mniej kulturalnym języku oznacza koniec z obchodzenia się z PiS-em, jak ze śmierdzącym jajem.

     Wiem, że nie należy po nowej strategii wiele oczekiwać. Być może nawet ucieszy ona prezesa-premiera (tak ostatnio nazwał swego pryncypała poseł Błaszczak), który najwyraźniej dąży do zaostrzenia konfliktu i konfrontacji. Tak więc w żadnym stopniu pisowskie jastrzębie się nie uspokoją. Nie ma co na to liczyć. Prawdopodobnie zaraz rozgłoszą, że reakcja premiera na ich kłamstwa i bezpodstawne oskarżenia jest dowodem na podgrzewanie atmosfery przez Platformę. Po przewrotnym oświadczeniu Kaczyńskiego, że to Platforma prowadzi politykę dzielącą społeczeństwo, niczego innego po PiSie się nie spodziewam.

     Po co więc podejmować dyskusję z głupimi, kłamliwymi zarzutami? A no dlatego, że każde kłamstwo powtarzane odpowiednio długo w końcu staje się wiarygodne. Nie można do tego dopuścić. Trzeba przerwać milczenie, nie dlatego, żeby cokolwiek wyjaśnić oszołomom, bo oni tego wcale nie oczekują i nic ich do niczego nie przekona. Chodzi o tych zdezorientowanych, stojących na uboczu, którzy przy milczeniu Platformy ulegają propagandzie PiS-u.

     PiS taka perfidną politykę prowadzi od 2 lat. Od 2 lat dzień w dzień preparuje i rozgłasza kłamstwo smoleńskie polegające na wciskaniu społeczeństwu ciemnoty w postaci absurdalnych teorii na temat katastrofy samolotu pod Smoleńskiem. Początkowo była jakaś sztuczna mgła wywołana przez Rosjan, a potem pojawił się hel pogarszający widoczność i powodujący szybsze opadanie samolotu. Gdy większość społeczeństwa nie dała się nabrać na takie fantazje, główny pisowski specjalista od wypadków lotniczych ogłosił, że samolot wcale nie zderzył się z brzozą, lecz rozpadł się w locie po eksplozji dwóch ładunków wybuchowcach, zaś koronnym dowodem potwierdzającym ten fakt jest to, że generała Błasika nie było w kokpicie. Taką teorię poparli jacyś egzotyczni naukowcy, którzy do swoich „badań” nad katastrofą posłużyli się zdjęciami z dziennika telewizyjnego, bo do żadnych innych dowodów w sprawie nie mieli dostępu. W końcu wspomniany prezes-premier sam przeszedł siebie i uroczyście ogłosił, że prezydent Lech Kaczyński został zdradzony (o świcie, jakby się ktoś pytał), zaś sam zamach przygotował Putin przy współpracy z Tuskiem i Komorowskim i że jak PiS dorwie się do władzy, to wszyscy zdrajcy zostaną ukarani. W związku z tym należy się spodziewać, że dla zapewnienia prawa i sprawiedliwości w Polsce PiS przywróci karę śmierci.

     Zaś śledczy Antek wypalił z grubej rury i stwierdził, że 2 lata temu Rosja wypowiedziała Polsce wojnę, czego głupi rząd Tuska nawet nie zauważył (a może tylko udaje, że nie zauważył, bo w rzeczywistości bierze w niej udział po stronie Rosji). Tak, czy inaczej wezwał „prawdziwych” Polaków do czujności, bo w każdej chwili lub „za rok, dwa albo pięć” może nastąpić kolejny atak.

     Są tacy, którzy uważają, że z kretynizmami nie ma sensu polemizować. Jednakże sondaże pokazują, że liczba tych, którzy uwierzyli w te brednie w ciągu ostatnich 2 lat wzrosła. Ten fakt rozzuchwala liderów PiS-u i popycha ich do szerzenia coraz bardziej idiotycznych i nieprawdopodobnych teorii. Można czekać, aż stopień absurdu osiągnie taki poziom, że doprowadzi swoich wyznawców do upadku. Jak mówi przysłowie „od wielkości do śmieszności jeden krok”. Jednakże dotychczasowe, taktowne milczenie władz szanujących traumę rodzin ofiar katastrofy, oraz niechęć do uczestniczenia w awanturze kreowanej przez PiS bywa rozumiane, jako brak kontrargumentów lub jako skutek poczucia jakiejś winy za katastrofę.

     Dlatego czas skończyć z pobłażaniem dla kłamstw, oszczerstw i insynuacji, dlatego konieczne jest by politycy Platformy oraz odpowiednie instytucje państwowe przystąpiły do zdecydowanego zwalczania kłamstwa smoleńskiego rozpowszechnianego przez PiS.

     Oby tylko, jak to często bywa, nie skończyło się na zapowiedziach.



Podziel się:
Trackback: http://bloog.pl/id,331038633,trackback

komentarze (2) | dodaj komentarz

Zdrada?

sobota, 14 kwietnia 2012 21:18

Pełno go wszędzie. Rano przy śniadaniu zmuszany jestem do wysłuchiwania w radiu relacji o jego kolejnych oskarżeniach i insynuacjach, nie ma dnia, aby gazety o nim nie pisały, wieczorem znowu pół dziennika poświęcone tylko jemu: gdzie był, co powiedział, lub co powiedział, że wie, ale nie powie itd. Kompletna paranoja. Dlaczego ten upierdliwy gość uprawiając bezustanny lans własnej osoby, zatruwa życie 75% naszego społeczeństwa? Jakim prawem? 


Uczciwie trzeba przyznać, że pozostałe 25% słucha go z uwielbieniem graniczącym z bałwochwalstwem. „Jarek zbaw Polskę” wrzeszczą rozhisteryzowane baby całując dziada po rękach.

Jarosław, Jarosław” skanduje hołota, która po mszy w kościele niby to ma zamiar czcić rocznicę katastrofy pod Smoleńskiem, a w rzeczywistości przychodzi by awanturować się pod pałacem prezydenckim wymachując zawczasu przygotowanymi transparentami z szubienicami i dyndającymi na nich kukłami premiera i prezydenta. To przypomina mi wiece z czasów I sekretarza PZPR Gomułki (skandowanie „Wiesław, Wiesław”), zaś marsze z pochodniami coś jeszcze gorszego, czego nawet nie chcę wymieniać. Ale nie ma co się dziwić. Skrajna lewica i skrajna prawica mają ze sobą wiele wspólnego, szczególnie w metodach działania. Przykładem są bolszewicka Rosja i hitlerowskie Niemcy, jakże odmienne w „bazie”, a równocześnie podobne w „nadbudowie”. Dlatego na to co robią, bądź w czym uczestniczą liderzy PiS-u trzeba patrzyć z niepokojem pamiętając, że w takiej scenerii rodzą się późniejsze reżimy totalitarne. Tłumy na ulicach wynoszą z reguły na „tron” zadufane w swoje powołanie potwory, a nie zbawców narodu.

Na razie jeszcze nam to nie grozi. Zdrowa część społeczeństwa potrafi zachować umiar i rozsądek. Platforma zwyciężyła w kolejnych wyborach na pewno nie dlatego, że tak ją lud ukochał, lecz w wyniku obaw przed szaleństwem PiS-u. Ale zagrożenie zawsze istnieje. Choć prezesowi nie udało się jeszcze przejąć władzy w Polsce wykorzystując do tego celu szok po katastrofie smoleńskiej (dwa lata temu) i pamięć zmarłego brata (codziennie na okrągło, aż do obrzydzenia), to na pewno udało mu się coś innego: skutecznie i na lata podzielić społeczeństwo.

Takie sytuacje w historii już się zdarzały. Ale nawet komuniści w powojennej Polsce nie doprowadzili ludzi do takiego zacietrzewienia, jak to zrobili liderzy PiS-u. Warto też wspomnieć marszałka Piłsudskiego, który miał gorących zwolenników i przeciwników, ale wydaje mi się, że nie doprowadził do takich podziałów jak obecnie. Poza tym na pewno nie prowokował jak Kaczyński sytuacji utrwalających ten niedobry stan. Podobno gdy z otocznia jego zwolenników wyszła propozycja budowy pomnika poświęconego zamachowi majowemu (jako wydarzeniu kładącemu kres bałaganowi w państwie) Piłsudski sprzeciwił się argumentując: nie stawia się pomników tam, gdzie brat zabija brata.

Piłsudski rozumiał, że nie stawia się pomników budzących emocje i dzielących społeczeństwo. Kaczyński nie posiada tego poczucia odpowiedzialności za państwo i kieruje się wyłącznie swoimi ambicjami i fanaberiami, czego przejawem jest np. domaganie się budowy licznych pomników upamiętniających byłego prezydenta (z resztą ofiar katastrofy smoleńskiej w tle). Porównanie tych dwóch pomników nie jest bezsensowne. Pomnik poświęcony teoretycznie katastrofie smoleńskiej, do tego ustawiony w jakimś eksponowanym miejscu, w rzeczywistości byłby pomnikiem niezgody, Mekką zwolenników PiS-u i miejscem demonstracji, awantur, agitacji oraz szkalowania wszystkich osób udzielających się w polityce, wszystkich partii, gazet, stacji TV i radiowych, a także przeciętnych obywateli niegodzących się z pisowskim obrazem świata. Przykłady takich działań mamy już teraz przy okazji każdej uroczystości z udziałem „prawdziwych” Polaków zamieniających uroczystość w zadymę. Poza tym PiS już w takim stopniu zawłaszczył sobie katastrofę smoleńską, że obywatele o innych poglądach politycznych chcący złożyć hołd ofiarom katastrofy czuliby niesmak zapalając świeczki pod pomnikiem kojarzonym wyłącznie z PiS-em.

Odnoszę jednak wrażenie, że prezes Kaczyński świadomie dąży do konfrontacji. Wywołanie w kraju niepokojów jest mu na rękę i stanowi „wodę na młyn” jego polityki zmierzającej do zdobycia upragnionej władzy i zemsty na przeciwnikach politycznych. Do tego też celu bezustannie wykorzystuje katastrofę smoleńską. Ostatnio uzasadniając hipotezę ( wg niego graniczącą z pewnością) o zamachu na swego brata Lecha Kaczyńskiego mówił, że są tacy, którzy na pozbyciu się prezydenta mogli skorzystać i skorzystali. Swoim zwyczajem nie dopowiedział kogo miał na myśli, ale tym razem chyba tylko dlatego, że najbardziej na tej katastrofie skorzystał on sam. Oczywiście nie w sferze osobistej, lecz politycznej.

Dla wszystkich partii poza PiS-em katastrofa smoleńska była i jest nadal przede wszystkim bolesnym zdarzeniem. Dla rządzących dodatkowo jest problemem, który nie przynosi im żadnych profitów, a wręcz przeciwnie, same kłopoty i nieprzyjemności. Zaś dla PiS-u, który po przegranych wyborach parlamentarnych w 2007 roku przycichł i przez 3 lata lizał rany po porażce, katastrofa smoleńska była zrządzeniem losu, które wyciągnęło PiS z nicości i stało się pożywką, siłą napędową na której żeruje po dziś dzień. Więc kto jest ostatecznie największym beneficjentem tej katastrofy jak nie PiS ze swoim szefem na czele?

Prezes Kaczyński w celu obalenia porządku ustalonego przez demokratyczne wybory stosuje podłą metodę dzielenia społeczeństwa na dwa obozy: MY – czyli „prawdziwi” Polacy, patrioci, prawi, pełni troski o „umęczony” naród i ONI – pseudopolacy z dziadkiem w Wermachcie, zakamuflowana opcja niemiecka na usługach Merkel, postkomuniści od Putina, przyjaciele wielkiego kapitału (oczywiście zagranicznego) dla których Ojczyzna nic nie znaczy. Najlepiej odzwierciedlają tę metodę słynne słowa prezesa spod Stoczni Gdańskiej w 2006 roku: MY jesteśmy tu gdzie wtedy, ONI tam gdzie ZOMO.

Żadne inne ugrupowanie w Polsce nie używa takiego języka i takich porównań. Ani Miller z SLD, ani ekscentryczny Palikot, nawet dawni sojusznicy prezesa z Solidarnej Polski czy PJN-u dystansują się ostatnio od takiego uprawiania polityki (co prawda, gdy prezes ich kochał, nie przeszkadzało im to wcale). Politycy często mówią o sobie MY, ale tylko po to, by opisać działalność swojej partii, swoje poglądy i koncepcje, a nie po to, by jak czynią to prominenci PiS-u, wprowadzać ostre rozgraniczenie na MY i ONI i dzielić tym sposobem społeczeństwo na lepszych i gorszych.

Kaczyński ostatnio wypowiedział haniebną insynuację sugerując, że Tusk jest agentem zwerbowanym przez Rosję. Szkoda, że ten „zbawca narodu” nie zauważył, że sam jest tylko kukłą w rękach Rosjan, którzy wykorzystują go do skłócenia Polaków. Przecież to widać gołym okiem na przykładzie katastrofy smoleńskiej. Rosjanie celowo utrudniają śledztwo, przetrzymują wrak samolotu, wypowiadają kontrowersyjne opinie i sterują "przeciekami", bo dobrze wiedzą, że zacietrzewiony Jarek wszystko „kupi” i bezmyślnie wykorzysta do atakowania Tuska, a tym samym do dzielenia polskiego społeczeństwa. Po prostu działają w myśl zasady "dziel i rządź".

Dzielenie społeczeństwa prowadzi do osłabienia całego państwa. To jest działanie na szkodę państwa. Taką metodę stosują tylko wrogowie. Niestety PiS, świadomie czy nieświadomie bierze w tym czynny udział. Jak można uważać się za patriotę prowadząc politykę osłabiającą własne państwo? Jeśli to robi wróg, to zrozumiałe, ale jeśli robi to „swój”, to jak to nazwać?

PS.

Najświeższym przykładem podgrzewania atmosfery było wczorajsze wystąpienie prezesa w Sejmie, pełne agresji, pomówień, insynuacji, kłamstw i nieukrywanej nienawiści do prezydenta i premiera. To był po prostu skandal. Takie zachowanie, brak umiejętności panowania nad emocjami dyskwalifikuje Kaczyńskiego jako polityka marzącego o rządzeniu państwem. Staram się unikać w swoim opisywaniu politycznej rzeczywistości mocnych określeń, ale po wczorajszym „popisie” Kaczyńskiego muszę odstąpić od zasad i powiedzieć prosto z mostu: podziwiam premiera Tuska za anielską cierpliwość i chyba tylko niechęć do zniżania się do poziomu Kaczyńskiego powstrzymuje go przed obiciem prezesowi „twarzy”.



Podziel się:
Tagi: kukła
Trackback: http://bloog.pl/id,331023857,trackback

komentarze (3) | dodaj komentarz

Nie lubię Świąt

poniedziałek, 09 kwietnia 2012 0:52

     Nie lubię świąt. Nie tylko tych. Żadnych. Głownie dlatego, bo wywracają do „góry nogami” cały porządek. W życiu pozadomowym wielu rzeczy nie można załatwić, bo ciągle słyszy się, że dopiero „po świętach”. Zaś w domu atmosfera nerwowa. Nie tylko przez tydzień trwa przygotowanie tego, co później zostanie zjedzone w parę godzin (łącznie), ale robi się też wielkie porządki, nagle zaczynają przeszkadzać rzeczy, które przez miesiące nikomu nie przeszkadzały, czasami następują jakieś zmiany i przemeblowania. Oczywiście kieruje tym wszystkim królowa, a ty paziu musisz posłusznie wykonywać polecenia. A jak się buntujesz, to usłyszysz, że jak chcesz mieć święta, to rób co ci karzą, bo to przecież dla ciebie, dla dzieci, dla „was”. A ja zamiast tych świąt wolałbym mieć święty spokój.


     Gdy jakoś dotrwamy do dni świątecznych, spotyka nas kolejny zawód. Czas jest wypełniony jeszcze bardziej niż w dzień powszedni po pracy. Zamiast odpoczynku i relaksu są obowiązkowe spotkania, wizyty, telefony i te cholerne życzenia. No właśnie. Te życzenia.... - dla mnie są deprymujące, irytujące i często zakłamane. Np. sąsiedzi, którzy na co dzień są sobie obojętni, albo nawet toczą jakąś otwartą lub ukrytą wojnę, nagle w okresie świątecznym spotykając się w przelocie na podwórzu czy ulicy z promiennym uśmiechem na twarzy wyrzucają z siebie tradycyjne formułki: „wesołych, szczęśliwych, spokojnych świąt” i takie tam banialuki zmuszając tym samym „obdarowanego” do wzajemności. Może nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie to, że często tym miłym życzeniom wypowiadanym głośno towarzyszą w myśli inne życzenia, np. w rodzaju „a żeby cię szlag trafił”.


     Z kolei tym, których lubimy i kochamy życzymy dobrze w każdym momencie, niezależnie od tego czy są to święta, czy nie. I oni przecież o tym dobrze wiedzą. Więc powtarzanie podczas dzielenia się opłatkiem, czy jajkiem oczywistych oczywistości ubranych tylko w wyświechtane i trywialne formułki jest dla mnie krepujące, żenujące i najchętniej w tym momencie chciałbym zapaść się pod ziemię. Może to dziwactwo, ale tak jest i nic na to nie poradzę.


     Te Święta dodatkowo popsuł mi Antek śledczy, który w ich przededniu ogłosił swoją najnowszą wersję kłamstwa smoleńskiego preparowaną z mozołem od 2 lat, przesączoną jadem nienawiści do wszystkiego i wszystkich mających cokolwiek w Platformą wspólnego i wypełnioną fantastycznymi teoriami jakoby wyjaśniającymi przyczyny wypadku samolotu lecącego z delegacją do Smoleńska. Ale tak na prawdę, to tam nie ma żadnych wyjaśnień, tam są wyłącznie oskarżenia nie poparte żadnymi dowodami. Zaś powoływanie się na jakiś profesorów z Ameryki i Australii jest oczywistą manipulacją, ponieważ ci profesorowie tyle widzą o szczegółach wypadku, co przeczytali w gazetach i co im Antek naopowiadał. A co naopowiadał można się ze 100% pewnością domyślić.


     Popsuł mi też Święta niejaki Mariusz K., specjalista od nieudanych prowokacji, który w Wielki Piątek raczył wrak tupolewa nazwać „relikwią zbryzganą krwią naszych przyjaciół”. Przypomniał mi się od razu mój wpis sprzed ponad roku, który po tej wypowiedzi okazał się wprost proroczy. Dlatego pozwolę sobie go przypomnieć:


     "Na podstawie niektórych wypowiedzi należy się spodziewać, że wrak zostanie uznany za świętość i skarb narodowy. Nie rozumiem, dlaczego miałoby się tak stać, ponieważ na świecie co kilka tygodni rozbija się jakiś samolot i poza żałobą narodową nigdzie nie czci się szczątków maszyny. Jednakże w Polsce wszystko jest możliwe, więc świętość wraku także. Wracając na nasze podwórko, parę miesięcy temu miał miejsce inny wstrząsający wypadek będący ze względu na okoliczności (18 ofiar w jednym, niewielkim busie) ewenementem na skalę światową i nie słyszałem by ktokolwiek (a w szczególności z otoczenia pana śledczego Antoniego) interesował się losem wraka związanego z tak niezwykłym i tragicznym wydarzeniem.


     Pozostaje więc pytanie, jaki będzie po powrocie do Polski los szczątków samolotu Tu-154M? Obawy mam jak najgorsze. Oto niektóre możliwe scenariusze:

  • - wrak zostanie z honorami pochowany w Jamie Smoka pod Wawelem.
  • - za pieniądze podatników (czyli także moje) rząd będzie zmuszony do wybudowania w pobliżu Pałacu Prezydenckiego, np. na Placu Piłsudskiego w Warszawie ogromnej hali, w której spoczną szczątki samolotu, a hala otrzyma nazwę „Narodowe Muzeum Martyrologii Bohaterskich Ofiar Poległych pod Smoleńskiem”. 
  • - szczątki samolotu zostaną uznane jako relikwie i umieszczone na ołtarzach kościołów i kaplic w całej Polsce.

     Jako osoba wierząca rozumiem potrzebę rozmowy z Panem Bogiem poprzez modlitwę. Już trochę mniej rozumiem modlenie się nie tyle do Boga, co do obrazów i figur przedstawiających Boga. Ale modlenie się do skrzydła, albo opony samolotowej to już czyste bałwochwalstwo. Jeszcze gorsze od całowania Prezesa w rękę. Fuj, idę szukać wanny."


     Do tego tekstu sprzed roku wprowadziłbym tylko jedną zmianę. W świetle ostatniej wersji kłamstwa smoleńskiego ogłoszonej przez śledczego Antka nazwa muzeum będzie brzmiała: „Narodowe Muzeum Martyrologii Bohaterskich Ofiar Poległych Zamordowanych pod Smoleńskiem przez Putina i Tuska”. Amen.

 



Podziel się:
Trackback: http://bloog.pl/id,331011956,trackback

komentarze (3) | dodaj komentarz

Bilans

niedziela, 01 kwietnia 2012 22:27

Od czasu do czasu każdy człowiek robi w swoim życiu jakiś bilans. Sprawdza, porównuje co udało mu się osiągnąć, a gdzie poniósł porażkę, czy przydarzyło mu się więcej dobrych zdarzeń, czy złych. Np. w kwestii czysto materialnej stosuję taką metodę: gdy brakuje mi w portfelu „zasobów” na jakiś miły, ale nie niezbędny wydatek zamiast biadolić na swój los przeciwstawiam mu pozytywne fakty z życia, a to że przecież jestem zdrowy (moi bliscy też), nie głodujemy, mamy gdzie mieszkać, stać nas na różne inne rzeczy itp., więc czy to nie jest wystarczający powód, żeby być zadowolonym? I od razu czuję się lepiej.

Często słyszę, że żyjemy w ciężkich czasach i wtedy myślę sobie, co ten gość za brednie wygaduje? Jakie to ciężkie czasy? Mój dziadek przeżył 2 wojny i rewolucję, mój ojciec „tylko” jedną wojnę, ale taką po której trzeba było zaczynać „od zera”. A my co? Od blisko 70 lat mamy czas pokoju, bo wojnę jaruzelską trudno porównywać do prawdziwej (choć oczywiście są tacy, którzy „z braku laku” nawet na niej budują swoją kombatancką przeszłość). Jakich zatem ciężkich czasów doświadczyło moje pokolenie? Chyba tylko z okresu młodości czasy komunizmu i obecnie kretynizmu. Z jednym i drugim dało się i nadal daje jakoś żyć, więc co tu tak narzekać?

Czas komunizmu na pewno nie był czasem dobrobytu i wolności. Ale wszyscy mieli zapewnione minimum socjalne, nikt nikomu nie miał specjalnie czego zazdrościć. Za to wszyscy mieli poczucie, że mają „za mało”. Mówiło się wtedy w przenośni: „za mało żeby żyć, za dużo żeby umrzeć”.

Tak, tak, ja wiem, że było UB, bezpieka, że gnębiono akowców, a niepokorni siedzieli w więzieniach, obozach, że byli niesłusznie oskarżani i nawet skazywani na śmierć. Ale tak było w okresie stalinizmu, a ja odnoszę się do czasów mojej młodości, tzn. po 1956 roku . Skłamałbym, gdybym twierdził, że żyłem w ciągłym strachu i beznadziei. Nic z tych rzeczy. Żyło się normalnie. Chodziłem do szkoły, w niedziele do kościoła, raz w tygodniu na religię (nikt mi tego nie zabraniał, ani nie szykanował z tego powodu), w lecie wyjeżdżałem z rodzicami ma wakacje, zwiedzałem Polskę wzdłuż i wszerz, a moja Mama, która uwielbiała zagraniczne podróże wszystkie oszczędności przeznaczała na wycieczki z Orbisem po świecie.  Od razu wyjaśniam, że nie była agentką bezpieki, ani nawet do Partii nie należała. Ja słuchałem zachodniej muzyki, a mój Tata „Radia Wolna Europa” w związku z czym doskonale wiedzieliśmy co sie wokół nas dzieje pomimo zakłamanej prasy, radia i telewizji. Zgodnie z naszą narodową tradycją wszyscy narzekali, ale samochodów przybywało, podmiejskich działek z daczami także, były zabawy, potańcówki i bale Sylwestrowe, ludzie się tak samo jak dziś kochali, pobierali, rodziły się dzieci (jeszcze częściej niż obecnie). Tamten czas miał z dzisiejszego punktu widzenia także swoje śmieszne strony, np. ile zadowolenia i poczucia zaradności dawało człowiekowi „upolowanie” kilku rolek papieru toaletowego (w dotyku przypominajacego papier ścierny)?

Oczywiście były też niekorzystne zjawiska, irytujące lub utrudniające życie. Dla narodu ceniącego wolność (graniczącą często z samowolą) bardzo dokuczliwe i stresujące były ograniczenia praw obywatelskich oraz wszechwładza Partii - "jedynej, przewodniej siły narodu" - nieliczącej się ze zdaniem tego narodu i całkowicie  bezkarnej, niepodlegającej żadnym prawom. To ona doprowadziła do krwawego tłumienia niepokojów społecznych, do bestialskiego zamordowania księdza Popiełuszki przez funkcjonariuszy aparatu władzy. Tego nie kwestionuję i to potępiam. Irytujące i godzące w nasze poczucie honoru było też lizusostwo władz państwowych, wchodzenie bez wazeliny w tyłek Wielkiemu Bratu ze wschodu. Ale życie codzienne wcale nie było zdominowane przez tajne służby specjalne, co usiłuje wmawiać nam główny tropiciel tych służb w PRL-u, niejaki Antoś. Nawet jeśli te służby były, to ja ich oddechu na swoim karku nie odczuwałem. Powiem nawet więcej – za sprawą rozwoju techniki, informatyki itp, w dzisiejszych czasach czuje się bardziej inwigilowany, niż w czasach PRL-u.

Uliczne kamery śledzą mnie na każdym kroku, radary sprawdzają z jaką prędkością się poruszam, moja karta bankomatowa zostawia ślad, gdzie i o której godzinie byłem, podobnie telefon komórkowy – gdy rozmawiam łatwo mnie namierzyć gdzie aktualnie przebywam, są rejestrowane wszystkie połączenia telefoniczne (bilingi) i można ustalić kiedy i z kim rozmawiałem w okresie ostatnich 2 lat (a niektórzy chcieliby przedłużyć ten okres do 4), o podsłuchach nie wspominam, bo były znane także w tamtych komuchowskich czasach. Dalej, nie ma problemu z ustaleniem jakie strony odwiedzam w Internecie, mój dysk twardy w komputerze nawet po sformatowaniu czy mechanicznym uszkodzeniu może być dostarczycielem najbardziej osobistych informacji o mnie, o moich zainteresowaniach, moich marzeniach, może być dowodem przeciwko mnie. Gdy z ciekawości założyłem na Facebooku konto, dla bezpieczeństwa ograniczając informacje o sobie wyłącznie do imienia i nazwiska, natychmiast otrzymałem listę kilkudziesięciu osób, które mogą być moimi znajomymi i co gorsza parę typów było trafnych. To przerażające, bo oznacza, że gdzieś tam w cyberprzestrzeni znajduje się super-mózg, jakaś sztuczna inteligencja, która zbiera o każdym z nas najróżniejsze informacje, na podstawie których potrafi kojarzyć nas z innymi osobami, sytuacjami, miejscami. Zero prywatności, zero intymności. Tylko patrzeć, kiedy miska sedesowa będzie analizować co jemy i przesyłać informacje do producentów żywności.

Tymczasem zatwardziali przeciwnicy tamtych PRL-owskich czasów (to śmieszne, ale często są wśród nich tacy, którzy w owym czasie sikali jeszcze w pieluszki i „gó...” wiedzą jak było naprawdę) wysuwają na pierwszy plan sprawę rozbudowanego aparatu policyjnego (milicyjnego) szpiegującego społeczeństwo. To prawda, trzeba było uważać, co się mówi i do kogo się mówi, bo za nieprawomyślne gadanie można było wylecieć z pracy lub studiów, w ostateczności nawet trafić do więzienia. Ale pomimo takiego „terroru” kawiarniane życie polityczne wręcz kwitło. Nigdy nie krążyło w obiegu publicznym tyle antyrządowych kawałów, co w czasach tamtego „reżimu”.

W okresie mojej młodości najbardziej denerwowała mnie nachalna propaganda i demagogia stosowana przez ówczesne komunistyczne władze oraz to, że obywatel nie miał prawa podjąć żadnej polemiki z hasłami i tezami głoszonymi przez Partię, która uważała się za wszechwiedzącą i najmądrzejszą, a każdy kto kwestionował jej zdanie był uważany za wroga, nie tylko Partii i komunizmu, ale także za wroga Polski. Wg ówczesnych władz prawdziwymi patriotami byli wyłącznie zwolennicy socjalizmu w Polsce oraz sojuszu ze Związkiem Radzieckim. Cała reszta to wrogowie Ojczyzny, obywatele drugiej kategorii.

Pod tym względem współczesny PiS niczym nie różni się od PZPR. Prezes Kaczyński, tak jak kiedyś I sekretarze Partii jest przekonany, że kroczy po jedynej słusznej drodze, że tylko on i jego towarzysze najlepiej wiedzą co dla Polski i Polaków jest najlepsze, a każdego kto myśli inaczej traktują jako wroga, złego Polaka służącego obcym interesom. Ta sama podejrzliwość, brak zaufania do człowieka, całkowity brak tolerancji, oczekiwanie bezwzględnego posłuszeństwa, ta sama demagogia w przemówieniach do ludu, „wykręcanie kota ogonem”, przeinaczanie faktów. To nic nowego. Ja to wszystko już słyszałem i widziałem na własne uszy i oczy 30, 40, 50 lat temu. Same puste hasła i wielkie słowa za którymi nic nie stoi. Żadnego zrozumienia dla innych poglądów, programowe odrzucanie dialogu i kompromisowych rozwiązań. Tylko MY mamy rację, tylko NASZE zdanie się liczy, można być tylko z NAMI, lub przeciwko NAM. Innej opcji nie ma. Wszystko jest albo czarne, albo białe. A najgorsze, że jak sam prezes stwierdził, nikt go nie jest w stanie przekonać, „że białe jest białe, a czarne jest czarne”, czyli jak prezes sobie coś ubzdura, to nie ma siły, która wyprowadziłby go z błędu. Jest równie niereformowalny jak cały socjalizm, którego jest nieodrodnym dzieckiem.

Napisałem na początku, że przeżyłem czasy komunizmu, a teraz żyję w czasach kretynizmu. Ten drugi okres trwa nieprzerwanie od 2005 roku i różne ma oblicza. Jest nim nie tylko deklaracja prezesa o kolorach, ale także zainteresowanie byłej rzeczniczki praw dziecka Ewy Sowińskiej z LPR-u torebką tubisia, uśmiercenie w światłach reflektorów przez Zbigniewa Ziobrę polskiej transplantologii serca, odpiłowanie przez szefa CBA Mariusza Kamińskiego gałęzi na której sam siedział wraz ze swoim szefem Kaczyńskim i całym jego koalicyjnym rządem, dzięki czemu całe to towarzystwo runęło na ziemię, równie nieudolne prowokacje z udziałem agenta Tomka przeciwko Beacie Sawickiej, Weronice Marczuk, Jolancie Kwaśniewskiej, prymitywne i śmieszne próby działaczy PiS przekupienia obietnicą stanowisk w rządzie posłanki Samoobrony Renaty Beger i różne tego typu „kwiatki”. Ale szczególne nasilenie objawów nastąpiło w 2010 roku po katastrofie smoleńskiej. Najpierw Wawel i żenująca wojna o krzyż wywołana przez rozhisteryzowanych fanatyków Kaczyńskiego i Rydzyka, później niekończąca się eskalacja fantazji na temat przyczyn katastrofy smoleńskiej i żądania ekshumacji ciał ofiar, żeby sprawdzić kto w trumnie leży, cały szereg idiotycznych hipotez nie mających oparcia w żadnych faktach, ale mających na celu tylko jedno – podburzać społeczeństwo przeciwko rządowi tak długo, aż uda się przejąć władzę. Prezes wcale nie ukrywa, że taki jest cel jego polityki. Niestety, ten spektakl nienawiści połączonej z absurdem trwa nadal i nic nie wskazuje, aby szybko się zakończył.

A oto najświeższy przykład z wczorajszego dnia: Klub parlamentarny PiS we­zwał szefa MSZ Ra­do­sła­wa Si­kor­skie­go do pod­ję­cia wszel­kich prze­wi­dzia­nych pra­wem dzia­łań, w tym do wytoczenia procesu sądowego nadawcom kanadyjskiego filmu o katastrofie polskiego, prezydenckiego samolotu pod Smoleńskiem. Powodem interwencji polskiego MSZ ma być oparcie się twórców filmu na oficjalnej wersji wydarzeń, którą PiS kwestionuje.

Żądanie klubu ośmiesza Polskę na arenie międzynarodowej. Jeśli choroba będzie dalej się rozwijać, to wkrótce PiS zażyczy sobie, by sądy całego świata na równi z kłamstwem oświęcimskim ścigały tych, którzy akceptują oficjalne ustalenia polskich organów śledczych określane przez narodowo-prawicowych fanatyków jako kłamstwo smoleńskie.

I na koniec ostateczny dowód na istnienie kretynizmu w prawicowych kręgach polskiej opozycji: tego filmu nie ma. Tak, tak, nie przesłyszeliście się Państwo i nie jest to żart na Prima Aprilis. Jeszcze raz powtórzę: PiS żąda od polskiego MSZ pod­ję­cia wszel­kich prze­wi­dzia­nych pra­wem dzia­łań, włącznie z wytoczeniem procesu sądowego kanadyjskim nadawcom filmu, którego nie ma, ponieważ jeszcze nawet nie rozpoczęto jego produkcji.

Ludzie, gdzie wanna?



Podziel się:
Trackback: http://bloog.pl/id,330990510,trackback

komentarze (13) | dodaj komentarz

Spis wpisów marcowych

sobota, 31 marca 2012 23:41

Marzec 2012

 

1   Polska – Białoruś. Dokąd zmierzamy?

5   Katastrofa kolejowa

11 Obcinanie pępowiny

14 Makabra

18 Gruby i deregulacja

21 Kraina zombi

23 Święta krowa

27 Mamona ważniejsza od ideałów



Podziel się:
Tagi: spis
Trackback: http://bloog.pl/id,330986438,trackback

komentarze (0) | dodaj komentarz

Mamona ważniejsza od ideałów

wtorek, 27 marca 2012 21:16

Ostatnio dużo słychać o tym, jakoby w Polsce rząd prowadził wojnę z Kościołem. Napisałem „jakoby”, ponieważ w moim odczuciu żadnej wojny nie ma, jest natomiast zmasowana propaganda usiłująca wmówić społeczeństwu, że taka wojna istnieje. Takie hiobowe wieści rozpowszechniają niestety hierarchowie kościelni, oraz prawicowa opozycja przy współudziale prawicowej prasy. Każda z tych trzech grup ma w tym swój interes.

Kościół chce odwrócić uwagę społeczeństwa od pojawiających się coraz częściej informacji niezbyt chlubnych dla swojego wizerunku, np. o pedofilii wśród duchownych, ale nie tylko. Jest wiele spraw, których Kościół powinien się wstydzić, lecz woli je „zamiatać pod dywan” i udawać, że problemu nie ma. Chce także wykorzystując stan wyimaginowanej wojny zewrzeć szeregi, a wołając „pomocy, biją nas” poruszyć sumienie tych wiernych, którzy znajdują się na równi pochyłej pomiędzy Kościołem a laikatem i zmobilizować ich do aktywności po swojej stronie.

Prawicowe partie opozycyjne (te reprezentowane w Sejmie i te poza Sejmem) wykorzystują nieistniejąca wojnę do podjudzania społeczeństwa przeciwko rządowi licząc na poprawę swoich notowań oraz do wypełniania troską o „szykanowany” Kościół pustki jaka panuje w ich programach wyborczych, lub po prostu walczą w ten sposób o zaistnienie w świadomości społecznej.

Media zaś jak to media. Nie są obiektywne, lecz dobierają tematy i tak je preparują, aby dać oczekiwaną pożywkę swoim sympatykom, co w końcowym efekcie ma im zapewnić odpowiednią poczytność, oglądalność, czy słuchalność. Czyli jak zwykle, wszystko sprowadza się do tzw. „kasy”.

A skoro o pieniądzach mowa, to trzeba wspomnieć, że jednym z głównych argumentów mającym świadczyć o tym, że państwo Polskie prowadzi wojnę z Kościołem jest rządowa propozycja zastąpienia Funduszu Kościelnego innym rozwiązaniem,  zaproponowanym (nota bene) kilka tygodni wcześniej przez sam Kościół. - Fundusz Kościelny jest przeżytkiem - stwierdził abp Stanisław Budzik, nowy metropolita lubelski w rozmowie z Katolicką Agencją Informacyjną. Duchowny, do niedawna sekretarz generalny episkopatu, poinformował, że biskupi proponują rządowi, by dał obywatelom możliwość odpisania od podatku 1% na rzecz Kościoła bądź wybranego związku wyznaniowego. W zamian za to zgodzą się na likwidację funduszu.

Rzecznik Komisji Episkopatu Polski ks. Józefa Klocha uspakajał, że ten 1% nie będzie dodatkowym obciążeniem dla podatnika, ponieważ „to są te pieniądze, które państwo od nas bierze jako podatek”. Ładnie to zabrzmiało, ale ks. Kloch "zapomniał" dodać, że równocześnie będzie to uszczuplenie o ten 1% dochodów państwa. Ale co tu się dziwić? Przecież nie wszyscy uważają TO państwo za swoje, a cudzego nie ma co żałować. Można, a nawet należy je łupić ile się tylko da.

Potem wszyscy zaczęli liczyć, ile ten 1% wyniesie. Okazało się, że w zależności od hojności wiernych może to być od 300 do 750 milionów zł rocznie. W związku z tym minister Boni, który wziął na siebie ciężar negocjacji ze stroną kościelną zaproponował mniejszą stawkę procentową wynosząca 0,3%, która nawet w tej gorszej opcji dawałoby Kościołowi ok. 100 milionów rocznie, czyli trochę więcej niż wynosi obecna dotacja z Funduszu (89 milionów zł.).

No i się zaczęło. Zamiast dalszych rozmów i negocjacji w sprawie uzgodnienia wysokości odpisu Episkopat ogłosił, a prawicowa opozycja z prezesem na czele ochoczo podchwyciła temat, że rząd Tuska wypowiedział Kościołowi wojnę. Metropolita gdański abp Sławoj Leszek Głódź, który bezpośrednio po spotkaniu przedstawicieli Episkopatu z min. Bonim mówił, że Kościół traktuje propozycje rządowe jako punkt wyjścia do dyskusji i zapewniał, że "chodzi o to, aby nie tkwić w atmosferze wrogości, konfrontacji czy braku porozumienia”, już następnego dnia diametralnie zmienił zdanie zastępując atmosferę dialogu atmosferą wojny - „takich pomysłów antyklerykalnych i antyreligijnych, które z rzeczy samej są niegodne nie zabraknie.... Musimy być gotowi na wrogie nękanie i tego tamta strona nie ukrywa. To jest swoista recydywa tego, co było już po 1945 r.

Przyrównywanie obecnych, demokratycznie wybranych władz Polski do władz komunistycznych, zależnych od Związku Radzieckiego jest zupełnie nietrafne i nosi cechy rozmyślnego obrażania drugiej strony. Jest to typowe podgrzewanie atmosfery pokazujące de facto, komu zależy na konfrontacji. Przejawem tego jest także mnożenie żądań. Po spotkaniu z min. Bonim strona Kościelna wycofała się ze zgody na likwidację Funduszu, twierdząc ustami Przewodniczącego Konferencji Episkopatu Polski abp. Józefa Michalika, że powody dla którego powołano 60 lat temu Fundusz nie wygasły, ponieważ „zaledwie jakiś procent został zwrócony” (majątku kościelnego przejętego przez państwo na przełomie lat 40/50).

Tak więc okazuje się, że 66,5 tys. ha gruntów i 143 miliony zł. odszkodowań, to tylko „jakiś” procent (wg niektórych szacunków, to nawet więcej niż 100%). Biorąc pod uwagę, że Kościół wspiera się wzajemnie z prawicową opozycją, która twierdzi, że w Polsce jest wszechobecna bieda, będąc na miejscu arcybiskupa wstydziłbym się nawet wspominać o jakim bogactwie marzą hierarchowie kościelni.

Ponieważ arcybiskupem nigdy nie będę (za dużo nagrzeszyłem w życiu) pozostaje mi wstydzić się za pazerność Kościoła, który korzystając z wielu przywilejów, np. ukrywania swoich finansów przed państwem i społeczeństwem, mając nieopodatkowane dochody z „tacy” i różnych opłat za posługi oraz przychody z odzyskanych majątków, domaga się jeszcze odpisów podatkowych i utrzymywania Funduszu Kościelnego, pomimo że jego istnienie wraz ze zwrotem zagarniętego kilkadziesiąt lat temu mienia straciło uzasadnienie.

Zaprawdę powiadam Wam, to nie przystoi Kościołowi i ma się nijak do wizerunku Jezusa, który sam żył skromnie, a gromadzenie pieniędzy i wszelkich dóbr materialnych potępiał: - Nie gromadźcie sobie skarbów na ziemi, gdzie je mól i rdza zniszczą i gdzie złodzieje podkopują i kradną, ale gromadźcie sobie skarby w niebie.... bo łatwiej wielbłądowi przejść przez ucho igielne niż bogatemu wejść do Królestwa Bożego. Jezus dał także wyraźne wskazówki apostołom (protoplastom dzisiejszych duchownych) jak mają postępować wypełniając swoją misję pomiędzy ludem: - Nie miejcie w trzosach swoich złota ani srebra, ani miedzi, ani torby podróżnej, ani dwu sukien, ani sandałów, ani laski....

Szkoda, że kapłani wymagając od wiernych stosowania się do nauk Jezusa, sami korzystają z nich wybiórczo i zupełnie nie biorą przykładu ze swego Nauczyciela, który do pełnienia swojej misji nie potrzebował ani majątków i pieniędzy, ani świątyń i ołtarzy, ani ozdobnych szat i złotych kielichów, lecz wystarczał Mu cień drzewa pod którym po prostu siadał i głosił nauki przyciągające tłumy.



Podziel się:
Trackback: http://bloog.pl/id,330973039,trackback

komentarze (0) | dodaj komentarz

Święta krowa

piątek, 23 marca 2012 20:06

 

"Święta krowa". Kto? Niech każdy sobie sam odpowie. Dla ułatwienia dodam jeszcze jedno słowo: "szykana".



Podziel się:
Trackback: http://bloog.pl/id,330956634,trackback

komentarze (5) | dodaj komentarz

Kraina zombi

środa, 21 marca 2012 0:15

Naprawdę, nie wiem co się dzieje z niektórymi rodzinami ofiar katastrofy smoleńskiej? Część z nich wykazuje jakieś niezdrowe zainteresowanie zwłokami swoich bliskich. Zamiast pozostawić je w spokoju, domagają się wyciągania zwłok z grobu, krojenia na kawałki, grzebania w rozkładającym się ciele. Po co?

Z reguły odpowiedź jest taka, że albo w celu sprawdzenia, czy na pewno w trumnie jest właściwe ciało, albo w celu zbadania przyczyn śmierci, ponieważ sekcja wykonana przez Rosjan była zdaniem tych rodzin nierzetelna. Oczywisty fakt, że przyczyną śmierci pasażerów samolotu był nagły, nieprzewidziany kontakt lecącej maszyny z ziemią nie dociera do nich. Żona jednej z ofiar, obecna pani senator Gosiewska twierdzi wręcz, że: „A w bajkę o brzozie to już nawet dzieci nie wierzą”. Nie wiem o jakie dzieci chodzi, chyba niedorozwinięte umysłowo, ale nie będę tego zgłębiał. Mogę się tylko domyślać, że pani senator wierzy w bajki pana Macierewicza. No cóż, każdy ma prawo wierzyć w to, co odpowiada jego intelektowi.

Mam jednak inną teorię dotycząca przyczyn tego nienormalnego zainteresowania części rodzin zwłokami swoich bliskich. Rodziny te, wywodzące się wyłącznie (co jest symptomatyczne) ze środowiska pisowskiego usilnie szukają dowodów obarczających winą za katastrofę znienawidzone rządy Platformy i z powodu tej nienawiści i chęci odwetu są skłonne zakłócać spokój ducha swoich zmarłych współmałżonków, dzieci, czy rodziców. To gorszące i obrzydliwe zjawisko.

Dla porównania przypomnę, że gdy w czerwcu 2009 roku zaginął nad Atlantykiem francuski samolot z 228 osobami na pokładzie (w tym z księciem Pedro Luís de Orléans-Bragança e Ligne - pretendentem do iluzorycznego tronu Brazylijskiego), po pierwsze nikt nie obarczał odpowiedzialnością za wypadek rządu francuskiego, a po drugie, gdy 2 lata później zlokalizowano wrak samolotu na dnie Atlantyku, a w nim zachowane w „niezłym” stanie zwłoki pasażerów, wiele rodzin sprzeciwiało się wydobywaniu ich na powierzchnię chcąc, by spoczywali tam gdzie zginęli.

Ale Polska to nie Francja. Na początek pani Wassermann doprowadziła do ekshumacji ciała swego ojca Zbigniewa. Powód takiej decyzji był „bardzo, bardzo” poważny: „córka posła Małgorzata Wassermann, wiele razy mówiła, że dokumentacja, która przyszła z Rosji, nie zawiera prawdziwych danych, bo w protokole sekcyjnym pominięto fakt przejścia przez jej ojca poważnej operacji”.

No i co z tego - chcę zapytać? Czy to ma jakiś związek z katastrofą samolotu albo wpływ na skutki katastrofy? Przecież to absurd.

Sekcja zwłok przeprowadzona przez polskich ekspertów wykazała przede wszystkim to, że pomimo braku w protokole wzmianki o operacji, w trumnie znajdowało się ciało właściwej osoby. To ważna informacja, ponieważ szukający „dziury w całym” często rozsiewają wątpliwości co do zawartości trumien przywiezionych z Moskwy. Druga informacja jest taka, że rosyjska sekcja w porównaniu z polską była powierzchowna, co zaraz zostało wykorzystane przez p. Małgorzatę Wassermann do stwierdzenia przed parlamentarnym (czytaj pisowskim) zespołem ds. zbadania katastrofy smoleńskiej, że „Nigdy się prawdopodobnie nie dowiecie czy oni przeżyli tę katastrofę i ile minut lub godzin żyli po tej katastrofie i czy w związku z tym była im udzielana jakakolwiek pomoc”. Brakuje w tej wypowiedzi tylko wzmianki o dobijaniu rannych przez rosyjskie specsłużby, a przecież i takie makabryczne fantazje rozpowszechniali zwolennicy spisku, zamachu, sztucznej mgły, celowego zakłócania przez Rosjan fal radiowych i innych podobnych bzdur.

Kolejną ofiarą zamiłowania rodziny do rozgrzebywania zwłok stał się Przemysław Gosiewski. Znowu pretekstem są wątpliwości, czy na pewno w trumnie znajduje się właściwa osoba. Wyników sekcji jeszcze nie znamy, ale modlę się, żeby żadnej pomyłki nie było, bo w przeciwnym razie czekają nas kolejne 94 ekshumacje, wyłącznie po to, żeby poprzenosić ciała z grobu do grobu. Kiedy o tym myślę, nabieram przekonania, że najlepszą formą pochówku jest kremacja. Uniemożliwia ona życie po życiu i podobne gorszące praktyki.

Warto w tym momencie zwrócić uwagę na otoczkę towarzyszącą ekshumacjom. Otóż pani senator Gosiewska zarzuca władzom opieszałość w przeprowadzeniu ekshumacji jej męża Przemysława, a z kolei Zuzanna Kurtyka zarzuca władzom nadmiar inwencji i sprzeciwia się zapowiadanej ekshumacji swojego męża Janusza. Pochwalam wolę pani Kurtyki, choć jej sprzeciw jest tylko powierzchowny, ponieważ obie panie chciałyby, aby sekcje zmarłych odbywały się pod kontrolą specjalistów amerykańskich, a na to polscy prokuratorzy się nie godzą (w końcu też swój honor mają). Ale tu znowu mamy przykład niekonsekwencji. Zwolennicy PiS-u zarzucają władzy, że nie posłała polskich specjalistów do Moskwy, by tam uczestniczyli zaraz po katastrofie w sekcjach ofiar, ale teraz nagle okazuje się, że ci sami polscy specjaliści są niewiarygodni i sekcje w Polsce powinni firmować swoją obecnością specjaliści zagraniczni. I to podobno jest postawa patriotyczna, pożal się Boże.

Nie mogę także oprzeć się wrażeniu, że stosunek obu pań do ekshumacji ciał ich mężów, choć wydawałoby się, że różny - ma w sobie coś wspólnego. Otóż łączy go wykorzystywanie sytuacji do krytykowania obecnej władzy. Nie ważne, czy jest się za czymś, czy przeciwko czemuś, ważne jest żeby być przeciwko Platformie Obywatelskiej i szkodzić jej w każdy możliwy sposób. Zawsze i wszędzie. Nawet tak bolesna dla nich sprawa musi służyć nadrzędnemu celowi wyznaczonemu przez „guru” prawicowej opozycji.

Na zakończenie zła wiadomość z ostatniej chwili. Złożenie wniosku o ekshumację ciała swojego męża Tomasza zapowiada jego żona Marta Merta. Mówi się także o ekshumacji Stefana Melaka.

Ludzie! Czy my żyjemy w krainie zombi?





Podziel się:
Trackback: http://bloog.pl/id,330945811,trackback

komentarze (3) | dodaj komentarz

piątek, 25 maja 2012

Licznik odwiedzin:  271 453 (wersja testowa)

Kalendarz

« maj »
pn wt śr cz pt sb nd
 010203040506
07080910111213
14151617181920
21222324252627
28293031   

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 271453
(wersja testowa)
Wpisy
  • liczba: 185
  • komentarze: 1291
Bloog istnieje od: 486 dni
Countomat - licznik oraz statystyki webowe (Statystyki i Analiza danych, Wykresy, Licznik, Dane statystyczne)

Księga Gości

Ostatni wpis w księdze:

  • data: 12.04.2012 13:17:00
  • autor: Alka
  • treść: Blog wspania³y!...

Konkursy i nagrody

Ostatnio przyznana nagroda:

  • data: 27.08.2011 18:43:00
  • autor: ax_adams
  • punkty: 100
  • treść: Swietny Blog!...

O moim bloogu

Znacie bajkę o dziewannie? Oto ona: ...dzie wanna? Będę rzygał! Ilekroć czytam lub słyszę, co dzieje się na naszej scenie politycznej, mam ochotę zawołać: gdzie wanna?... itd.

Wizytówka


wannagdzie